Chyba wszyscy, którzy mnie od czasu do czasu czytują, mają już Internet, ale jak to z nim naprawdę jest? Przez co – przez jakie na przykład kraje Europy – łączymy się z użytkownikiem sieci w USA i Australii? Okazuje się, że to nie jest takie proste pytanie.

Nie jest proste przede wszystkim dlatego, że procesy te, czyli wyznaczanie tras takich dalekich połączeń, są zmienne w czasie i zależą głównie od aktualnego obciążenia tej czy innej głównej trasy. Oznacza to w praktyce, że jeśli nawet dziś łączyłam się z Austin w Teksasie przez Danię i Wyspy Brytyjskie, jutro może to już być trasa prowadząca przez Niemcy lub np. Włochy. To drugie jest zresztą dużo bardziej prawdopodobne, bo jak na standardy Europejskie Niemcy mają akurat bardzo lichą sieć połączeń szerokopasmowych.

Tak czy inaczej jeśli łączymy się z Ameryką tą czy inną, to na pewno przez kable – grube kable o znacznej przepustowości – ułożone pod oceanem. I nie jest to bynajmniej, tak jak jeszcze jakieś 20 lat temu, jeden kabel, a raczej ich dziesiątki.

Jeśli natomiast łączymy się z Australią, to prawie na pewno sieć wybierze dla naszego komputera szybszą trasę prowadzącą właśnie przez Stany Zjednoczone. Trasa prowadząca przez Indie i Morze Czerwone i Indonezję również istnieje, ale są to linie starsze, mniej zaawansowane technologicznie, i bardziej przez to też pewnie obciążone.

Jeszcze na koniec taka ciekawostka: kraje takie jak Armenia czy Gruzja nadal łączy z resztą Europy/Azji w zasadzie pojedynczy kabel biegnący pod morzami i częściowo pod Ziemią. Kilka lat temu podobno zresztą nieświadomie przecięła go łopatą osoba zbierająca tam złom…

Do śledzenia tego, jak nasz komputer łączy się z serwerami w innych krajach, świetne jest dostępne pod Linuksami urządzenie traceroute.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.